Responsive image Responsive image
historia firmy

Blog Byłem programistą, teraz jestem CEO - Gdy przyjaciel staje się wrogiem cz.1

Byłem programistą, teraz jestem CEO - Gdy przyjaciel staje się wrogiem cz.1

Michał Ręczkowicz – Z cyklu „Byłem programistą, teraz jestem CEO” 

CHAPTER 3: Gdy przyjaciel staje się wrogiem cz.1

Z tego wpisu dowiesz się:

- dlaczego odszedłem z firmy którą sam stworzyłem;

- jakie błędy popełniłem;

- dlaczego warto mieć ograniczone zaufanie w biznesie;

Dlaczego teraz o tym piszę

Ostatnio miałem okazję opowiedzieć o swoich biznesowych błędach na jednym z wydarzeń, którego  tematyką były fuckapy. Tydzień później zaproszono mnie do wystąpienia, podczas którego miałem opowiedzieć swoją biznesową historię.  Na tym ostatnim evencie pojawili się moi byli współpracownicy, jeszcze z pierwszej firmy, którą założyłem – z Mobi Touch. Przyszli ze współwłaścicielem lokalnej firmy IT, człowiekiem żywo zainteresowanym moją osobą i moimi działaniami, odkąd pamiętam (dawniej wróg mojej starej firmy, teraz już tylko mój). Niestety, szybko się okazało, że nie będzie to łatwa widownia. Tak najdelikatniej można nazwać pięciu gości, uzbrojonych w sprzęt nagrywający, zestaw kompromitujących i nieraz uwłaczających pytań, żądań oraz śmiałych refleksji na temat mojej historii i mojego całego otoczenia biznesowego, wliczając w to wszystkie współpracujące ze mną i przychylne mi osoby, a nawet instytucje... Resztę możecie sobie dopowiedzieć. Było ciekawie!

Po całym tym zajściu dotarło do mnie, że jestem Wam wszystkim, Nam wszystkim, a nawet IM wszystkim winien opowiedzenie historii mojej poprzedniej firmy z mojego punktu widzenia. Nie pomijając już żadnych niewygodnych faktów, zapominając o konwenansach i dyplomacji (na których każde wystąpienie publiczne jest zbudowane) choć na chwilę. Natchnięty tą właśnie chwilą, postanowiłem opisać w szczegółach, jak wyglądał moment rozłamu tego dobrze zapowiadającego się startupu.

Pierwszy handlowiec

Sam nie wiem od czego zacząć, kiedy powstał problem. Najbardziej sensownym momentem będzie chyba przełom 2014/2015 roku. Wtedy to przeżywaliśmy passę w firmie – mieliśmy niesamowicie wiele zapytań i mnóstwo projektów. To spowodowało, że zdecydowałem się wreszcie zatrudnić handlowca do pomocy, bo normalnie w świecie nie wyrabialiśmy. Na to stanowisko został zaproponowany bardzo dobry kolega mojego wspólnika i wiceprezesa firmy, z mocną rekomendacją. Zgodziłem się choć od samego początku miałem co do tego wątpliwości – mówiąc prościej, charakter tej osoby jakoś mi nie pasował do reszty zespołu. Zostałem zapewniony, że będzie to ok – no i zaufałem.

Po paru miesiącach w firmie pojawiła się pierwsza kłótnia pomiędzy pracownikami, z udziałem właśnie tego handlowca. Dostał ode mnie ostrzeżenie, ale sytuacja raczej się nie poprawiała, napięcie w zespole narastało. W stosunku do mnie handlowiec był ok, wręcz za bardzo ok, ale nadskakiwanie mi wydawało się jeszcze bardziej podejrzane. Zwłaszcza, że spędzał większość czasu (również po pracy) z moim wspólnikiem i też trzecim, kluczowym pracownikiem w firmie – najlepszym project managerem.

Sytuacja nie była też dobra, gdyż te trzy osoby siedziały ze mną w pokoju. Na początku firmy siedział ze mną tylko wiceprezes, wspólnik, a zarazem mój dobry przyjaciel – i to był bardzo dobry układ. Później zaprosiliśmy do pokoju kolegę, który wykazywał się umiejętnościami w zarządzaniu projektami – trzeba było go poduczyć, nadawał się na kierownika i nie chcieliśmy, by siedział z resztą zespołu (było nas coraz więcej, a miejsca coraz mniej). Za namową dwóch pozostałych zgodziłem się, by doszedł do naszego pokoju również nowy handlowiec. Choć cholernie mi to nie odpowiadało. Mój błąd. Cóż, człowiek się uczy na błędach… W każdym razie, wiele rozmów prowadziłem ze wspólnikiem na osobności, w ten sposób chciałem chronić poufne informacje i interesy firmy. Pozostało mi jedynie ufać mu, że po pracy również uważa na to, co i komu mówi… W końcu – taki jest obowiązek wiceprezesa.

Powstanie frontu

Niestety, w perspektywie czasu wszystko się zmieniło. Ci trzej w mojej obecności zaczęli śmiać się z pracowników firmy, w szczególności z działu gier, który na dobrą sprawę najbardziej ciągnął firmę do góry. Oni jednak tego nie dostrzegali i traktowali cały gaming jak coś zbędnego, coś, co owszem - wygrywa konkursy, ale nie daje takiej kasy, jak zlecenia biznesowe na mobile czy web. Pomijali aspekt prestiżu i sławy, dzięki której klienci sami się do nas zgłaszali.

Po niespełna pół roku czułem, że wyraźnie powstał front przeciwko mnie. Towarzysze z pokoju cały czas starali się blokować moje działania inwestycyjne i nieustannie narzekali, że mają niskie pensje, że trzeba zwolnić ludzi z działu Games i dzięki temu będzie można więcej zarabiać. Ja byłem innego zdania: przecież to był roczny startup! My nie mieliśmy się teraz bogacić, a inwestować zyski w nasze pomysły, które na dobrą sprawę przynosiły mnóstwo fejmu i coraz lepszych klientów. Może prywatnie nie mieliśmy z tego za wiele, ale na to trzeba było czasu. Ja nikogo nie trzymałem. Ale żeby odejść, trzeba mieć też odwagę. Zamiast tego, moi współpracownicy łapali fuchy na lewo, zawalając obowiązki w pracy, nic mi nawet nie mówiąc! To albo gramy w jednym zespole, albo w ogóle!

Do dziś żałuję, że nie zwolniłem wtedy pewnych osób. Ale byłem za dobry, wierzyłem, że się zmienią. Poza tym, tyle razem już zrobiliśmy, tyle się nawzajem nauczyliśmy... Szybko jednak się przekonałem, że sentymenty w biznesie nie popłacają.

Sytuacja robiła się trudna. Koledzy z pokoju coraz bardziej naciskali, coraz bardziej chcieli pokazać, że we trzech mają przewagę i mogą wywrzeć na mnie wpływ. Miałem inne podejście - to był mój startup, ja zebrałem ludzi, sam prowadziłem mnóstwo projektów i to wszystko zaistniało, bo ciężko na to zapracowałem. Kasy również nie brakowało. Ale oni wciąż narzekali, że dział Games daje mało, nie rozumieli jeszcze wtedy, że aby własne produkty zaczęły zarabiać, do tego trzeba czasu i nie raz dofinansowania. Ale ok, przyjąłem to na klatę i pewnego dnia przekazałem wspólnikowi biznesówkę. Od tamtej chwili wiceprezes miał zatwierdzać projekty biznesowe, a ja skupiłem się na tym, co według nich słabo działało w firmie, czyli na dziale gier. Tu popełniłem kolejny błąd, bo przekazałem partnerowi kilku moich ważnych klientów, na których później po rozpadzie bazował. Chciałem dobrze, bo przecież skoro udało się rozkręcić biznesówkę, to dlaczego nie dział Games, który na dobrą sprawę potrzebował dobrej strategii marketingowej, nic po za tym.

I tu się zaczęły jeszcze większe schody. Ludzie w firmie nie chcieli słuchać nikogo z tej trójki, narzekali na nich, że uważają się za lepszych, nawet nie witają się z nimi, nie zaglądają do pokoju jak dawniej. Uważali, że liczy się dla nich tylko lans i hajs. Faktycznie, kasa zmienia, ważni klienci i projekty zmieniają, wiele razy o tej pułapce wspominałem, mając do końca nadzieję, że moich współpracowników to nie dotyczy.

Zawsze o krok przed nimi

Późnym latem 2015 roku mój wspólnik zsynchronizował swoje mailowe konto firmowe z kontem prywatnym. Nie wiem, jak i dlaczego, ale to zrobił – to była nowinka od Microsoft, więc może postanowił to przetestować. Do konta firmowego miałem dostęp, wspólnik przecież o tym dobrze wiedział. Pewnego razu zobaczyłem, że przychodzą do mnie komunikaty z rozmowy. Rozmowy, która była prowadzona między wiceprezesem, project managerem i handlowcem. Z początku myślałem, że piszą coś do mnie, więc zajrzałem i doznałem szoku! Ci trzej stworzyli bez mojej wiedzy firmowy chat, na którym spiskowali przeciwko mnie! A to ciekawe! Co byście zrobili w takiej sytuacji?

W międzyczasie zatrudniliśmy pomocnika dla handlowca, który przypadł chłopakom do gustu, bo - jak stwierdzili - dobrze się ubiera: garniak i zegarek super! Natomiast inny chłopak, który był na stażu zatrudniony nieco wcześniej, mimo że nie miał szczególnie dobrych umiejętności pisemnych i nie odznaczał się elokwencją, był pełen szczerych chęci, był uczciwy, dobry. Moi współpracownicy bardzo go atakowali, ja go broniłem. Lubię ludzi którzy się starają. To nic, że nie miał doświadczenia, czy popełniał błędy. Według mnie, charakterem pasował idealnie do temu – miał samozaparcie, pasję, wiarę i bardzo się starał. Nawet miałem nadzieję, że się wyrobi i zastąpię nim pierwszego handlowca, który przecież wprowadzał do firmy tyle kwasu.

Wracając do tego chatu, który wpadł mi w ręce. TO było coś! Totalny fart! Jeszcze tego samego dnia, po pracy, skopiowałem cały chat od początku jego istnienia. No i – zabrałem się do lektury! Czytałem go dzień w dzień i nikomu nic nie mówiłem. Chciałem zobaczyć, co się dzieje, co planują, bo to co pisali nie podobało mi się ani trochę i bardzo różniło się od tego, co robili w rzeczywistości. Oprócz tego kanału, dostawałem też wszystkie wiadomości z chatów, które prowadził mój wspólnik z poszczególnymi pracownikami. To też były cenne informacje. Dzięki temu dowiedziałem się, co kręci i z kim.

Co z tych wszystkich rozmów się wyłoniło? Plan, jak pozbyć się Prezesa – czyli mnie. Problem był bardzo złożony - miałem przecież sporo udziałów, byłem prezesem i twórcą firmy. Ewidentnie było można wyczuć, że handlowiec bał się o swoją karierę w firmie i sam to bardzo nakręcał! „Bo przecież Ty wiceprezesie powinieneś być prezesem a nie on, w czym jest lepszy?” – to efekt tego, że siedziałem z nimi w pokoju, a mój wspólnik, mimo zakazu i obietnic, że informacji nie ujawnia, robił to przy dobrym whiskey na spotkaniach po pracy (to też wynikało z chatu).

Czytanie tych chatów nie należało do przyjemności, ale pozwoliło mi planować na przód, być o krok przed nimi.

Część II

 

09.04.2017

<< powrót

Podziel się wpisem:

bg

Zainteresowany?

Napisz do nas [email protected]